piątek, 8 sierpnia 2014

Pełnia lata w garnku - uprawiaj i zajadaj ... ciąg dalszy.

 
 
Wreszcie udało mi się założyć stronę na Facebook'u, gdzie regularnie piszę o tym co dzieje się w naszym ogrodzie i nie tylko. Więc jeśli chcecie, to możecie śledzić nasze 'występki' z większą częstotlowością TUTAJ. Zapraszam ;-)
 
 
 
 




 
 
 
Latem w ogrodzie jest tak cudownie, że aż czasami trzeba się uszczypnąć by zobaczyć czy  przypadkiem się nie śpi. Możnaby tak na dobrą sprawę żyć bez grosza przy duszy - wokół wszystkiego tyle ... ciepło, przyjemnie. Całkowita samowystarczalność oczywiście nie jest realnie osiągalna, ale każdy mały jej kawałeczek, każdy sukcesik z serii 'uprawiaj i jedz' - to frajda. Ha! Goście wpadają ... a my im podsuwamy nasze, z ogrodu - wow - i kwiaty i zioła i słoneczny uśmiech ;-) Podoba się - nas to tak bardzo cieszy. Andrew najchętniej gotowałby całymi dniami. Tworzy, kombinuje, wścieka się czasami ... co my zrobimy z tą całą sałatą? ... czy oni jedzą sałatę? ... eeeeeee chyba kret 'wessał' młode buraczki  hmmmmm  coś mówiłeś? rzuć chłopie lepiej coś na stół ;-)
 
 
 
 
 
 
Ojej - z cukiniami też było tyle stresu z serii co my zrobimy z tymi wszystkimi ...  ale jakoś się zjada wszystkie i nawet przyjaciołom nie rozdaje. To są po prostu tak pyszne warzywa, że można je chyba spokojnie jeść codziennie ... a nawet i dwa razy dziennie w sezonie, nie?
 
Najprościej pociąć je w plastry, a potem posmarowane oliwą i posypane solą oraz świeżo zmielonym czarnym pieprzem wrzucić na grilla - ooooo, są wtedy mega delikatne i słodkie. Świetny dodatek (obok grillowanej papryki i czerwonej cebuli) do mięsa lub ryb. W tym roku jednak Andrew inwesuje swój czas i wysiłek w coś takiego:



 
 
To są pyszne bruschetty z cukinią. Zajadamy się nimi - bardzo polecam. Super łatwe w wykonaniu. Wystarczy do rondla wrzucić na oliwę (lub olej rzepakowy) cienko pokrojone, małe cukinie z 1 ząbkiem rozdrobnionego czosnku oraz odrobiną soli. Wszystko delikatnie gotować przez 15 - 20 min, aż warzywka będą miekkie lecz nie zbrązowiałe. Zrobi się takie cukiniowo-czosnkowe puree, które pozostawiamy do wystygnięcia - trzeba to tylko w razie potrzeby doprawić solą i pieprzem, i ewentualnie dodać troszkę soku z cytyny.
 
Zanim wystygną cukienie - można zabrać się za zrobienie kilku tostów. My do tego celu używamy chleba orkiszowego lub tzw. szlacheckiego (z pestkami dyni) z lokalnego sklepu w Gołubiu. Ale generalnie każdy chleb może być - taki z nasionami dyni czy słonecznika jest po prostu smaczniejszy ;-) Ciepły jeszcze tost polewamy obficie oliwą czosnkową (lub ewentualnie nacieramy ząbkiem czosnku i polewamy oliwą) i układamy na nim grubą warstwę cukiniowego pure. Na to starty Parmezan i jeszcze trochę oliwy czosnkowej - baaaaaaardzo smaczne!
 
 
Kolejne fajne danie z cukinią to najzwyklejsze na świecie risotto. Dodajemy do niego nie tylko owoce cukini, ale też i jej cudne kwiaty!
 

 
 
 
Też łatwy przepis, tylko tym razem trzeba troszkę postać przy rondelku - jak to przy risotto ;-) Najważniejsze są jak zawsze świeże produkty - najlepiej z własnego ogrodu lub od lokalnych gospodarzy, którzy coraz to częściej odwiedzają miejskie targowiska - dla mieszkańców Trójmiasta polecam produkty Basi i Michała z Żuromina TUTAJ.
 
Ale wracając do cukiniowego risotto, to będzie potrzeba:
  • 1,5 l. rosołku z kury lub bulionu warzywnego - dobrej jakości, najlepiej własnej produkcji ;-)
  • 2 cebulki szalotki - drobno posiekane
  • 1 ząbek czosnku - drobno posiekany
  • 2 łyżki stołowe oliwy z oliwek
  • 6 małych cukiń
  • kilka lisków estragonu (nie za dużo, bo ma dosyć mocny aromat) 
  • 500gr ryżu do risotto (Arborio)
  • 1 szklanka białego wina
  • sól i pieprz do smaku
  • 30gr masła
  • 150gr sera Parmezan (i jeszcze troszkę na później, gdy będziemy risotto już podawać)
  • kwiaty cukini !!! 
 
 
 
 
 
Wykonanie:
  • Podgrzewamy lekko w osobnym garnku rosołek/bulion;
  • w rondelku na delikatnym ogniu smażymy szalotkę z czosnkiem;
  • pokrojone w cienkie plasterki cukinie oraz estragon dodajemy do rondelka z szalotką i czosnkiem;
  • dodajemy ryż i dokładnie wszystko mieszamy. Pamiętajmy aby ryż całkowicie pokryty był oliwą;
  • do rondla dodajemy szklankę wina i pozwalamy tej całej miksturze się lekko zagotować - zmniejszamy ogień i czekamy, aż alkohol się ulotni. Wtedy dodajemy sól i pieprz, i zaczynamy powolne dolewanie rosołu/bulionu za pomocą chochli.  Ciągle mieszamy ;-) Ryż musi całkowicie wchłonąć cały płyn, zanim dadamy kolejną chochlę;
  • po około 20 minutach ryż pownien być al dente, wtedy dodajemy do niego masło oraz Parmezan, możemy doprawić jeszcze pieprzem i solą, a nawet dodać do smaku trochę białego wina. Całość posypujemy kwiatami cukini i odstawiamy na 5 minut.
Cukiniowe risotto najpyszniejsze jest podawane z dużą ilością startego Parmezanu oraz z chrupiącą, zieloną sałatą ... smacznego ;-)





 
*********
 

 
 
 
Na super gorące dni mój domowy kucharz proponuje chłodnik z botwinki. Nigdy wcześniej go nie robił (w Anglii raczej nie uświadczysz tej pysznej zupy), ale w tym sezonie uparł się i dopracował trochę taki własny przepis. Najpierw chciał oprzeć się o Kuchnię Polską, ale i tak nie mógł rozszyfrować przepisu - pomysliło się mu 'pęczek' z 'paczek' ;-))) więc postanowił dalej próbować sam. Wyszło coś wspaniałego. Przepis poniżej.
 
 
Andrew zbiera składniki na chłodnik: botwinka, koper i czosnek szczypiorek.
 
 
SKŁADNIKI:
 
 
 
  • pęczek botwinki;
  • pęczek szczypiorku (my używamy czosnek szczypiorek);
  • pęczek kopru;
  • 300 ml. zsiadłego mleka
  • 300 ml. maślanki
  • 300 ml. kefiru - aby mieszanki smaków mlecznych stało się zadość ;-)
  • 300 gr świeżych ogórków;
  • 4 jaja
  • łyżeczka soku z cytryny;
  • sól i pieprz do smaku.
 
WYKONANIE:
 
  • botwinkę dokładnie myjemy, wkładamy do garnka i zalewamy bardzo niewielką ilością wody z solą. Gotujemy, aż botwinka będzie miękka. Do garnka dodajemy łyżeczkę soku z cytryny i całość studzimy;
  • gotujemy jajka na twardo i studzimy;
  • zdejmujemy skórkę z buraczków, które później nacieramy na tarce. Pędy tniemy na kawałeczki;
  • ogórki obieramy i kroimy w kosteczkę, siekamy drobno szczypiorek i koperek;
 

 
 
  • w dużej misce mieszamy 'na miazgę' żółtka ze zsiadłym mlekiem, maślanką oraz kefirem ;
  •  do mikstury dodajemy warzywa i pocięte w kostkę białka, sól oraz pieprz do smaku;
  • na samym końcu dodajemy wywar, który otrzymaliśmy przy gotowaniu buraczków/botwinki. Ale dodajemy go tylko tyle, żeby konsystencja chłodnika nie była zbyt płynna.
  • chłodzimy w lodówce (najlepiej przez noc) i podajemy na lunch w upalny dzień. Smacznego!
 
 
 



*********
 
 

 


 
 
Jutro kolejne warszataty 'Eko-Warzywnik' i tym razem nasi 'uczniowie' będą mogli sami przeprowadzić kilka sierpniowych prac na rabatach i przy robieniu kompostu. Na lunch będziemy jeść chłodnik i bruschettę z cukinią - oba przepisy powyżej ;-) Oczywiście wszystko obfotografuję i podzielę się warsztatami z tymi, którzy nie mieli okazji do nas wpaść. Uwaga, uwaga - jutro do grona warsztatowiczów dołączy pierwszy mężczyzna - Andrew bardzo zadowolony, bo już mówił że chyba polscy panowie wolą kapciuszki i gazetkę ;-))) 
 
... chociaż nasz nowy dobry znajomy Jarek ( hej kochani pozdrawiamy Was!) naprawdę zadziwia nas swoją 'ogrodową' pracowitością. Postanowili wraz z żoną wyprowadzić się na dziką wieś i żyć w 'normalnym' tempie. Zakładają swój własny warzywnik, który dla nich projektowałam - pracują przy tym jak woły i głęboko wierzę, że świetnie im to wszystko wyjdzie. Takie znajomości dają mi wiele dobrej energii ... no i Mysza robi taki pyszny chleb, który spróbować będzie można podczas Festiwalu Plonów 30-go sierpnia u nas ;-)
 


czwartek, 31 lipca 2014

Zapraszamy do nas na Festiwal Plonów.




Ogród latem jest boski. Chociaż nie jest wcale jakiś taki super wielki, to mam w nim dokładnie to, co sobie wymarzyłam - pyszne i zdrowe jedzenie, cudne kwiaty, aromatyczne zioła i wszystko to 'udekorowane' bajecznymi motylami.

 


 


 
 
Trochę tak jak wampir - wyciągam z tego wszystkiego teraz ciepło, kolor i energię życia. Nawet myśl o długiej, białej zimie  już mnie nie przeraża. Takie uczucie to wielki luksus i bogactwo, którego nie można kupić za żadne pieniądze. To jest chwila, która daje nim siły na bardzo długo.



Nic tak nie cieszy, jak wiadro dalii zebranych z własnego zagonu  ;-)

... i 'rozsypanych' po całym domu.

 
 
 
Chciałabym tą chwilą ... lub nawet chwilką - podzielić się z Wami, więc jeśli będziecie w okolicy w sobotę 30-go sierpnia to zapraszam na Festiwal Plonów. Poza odbywającymi się w tym roku warsztatami, będzie to pierwszy raz, jak otworzymy swój ogród dla innych miłośników życia w stylu slow.

 
 
 
 
Będziemy jeść pyszne i zdrowe ekologiczne żarełko prosto z ogrodu, cieszyć się pełnią lata i mile spędzać czas.  Mam nadzieję, że akurat wtedy ogród będzie wyglądał najobficiej, a wśród atrakcji proponuję:
 
  • moje krótkie 'ogrodnicze opowieści' pt. jak założyć i uprawiać własny eko-warzywnik, 
  • ekologiczne potrawy przygotowane przez Andrew,
  • kram z plonami,  
  • angielską herbatkę i ciasto na łonie natury
  • dla chętnych ... mecze krokieta na trawie ;-)

Myślę, że jeśli tylko pogoda dopisze - to może być całkiem fajne popołudnie.  Jest to impreza non-profitowa organizowana w celu promocji świadomego stylu życia.  Wstęp wynosi symboliczne 20zł od osoby , które pokryje koszta organizacyjne oraz poczęstunek. Dzieciaki też mile widziane, do lat 12-tu wchodzą za darmo.



 
 
 
Zaprszamy pomiędzy 12 - 18.


NIESTETY ZGŁOSZENIA JUŻ TYLKO NA LISTĘ REZERWOWĄ
 
 
 
Ze względów organizacyjnych baaaardzo proszę chętne osoby o zgłoszenie udziału (ile osób, ile samochodów i mniej/więcej na którą godzinę) na mojego maila biuro@angielskieogrody.com  lub sms-em na telefon 607 719 608. Wszystkie zgłaszające się osoby dostaną potwierdzenie i informacje dotyczące dojazdu do nas. Ilość miejsc jest niestety ograniczona.



 
 
 
*******
 
 

 
 
 
A dla super zorganizowanych ogrodników mam dobrą wiadomość. W sklepie Na Ogrodowej trwa już sprzedaż przedsezonowa i do 25 sierpnia dla wszystkich jest  5% RABATU !!!
 


 

środa, 23 lipca 2014

Karczochy, kartofelki ... ogród użytkowy to naprawdę FAJNA rzecz!


Lato jest dla mnie chyba najbardziej pracowitą porą roku. Nawał roboty na wszystkich frontach i jeszcze na kilku dodatkowych ;-) No, ale niestety latem są też wakacje - a tak się składa, że mieszkam w bardzo 'wakacyjnej' części Kaszub i generalnie ciężko mi w tej atmosferze w ogóle coś robić ... poza jeziorami, kajakami i pogaduszkami z moimi nowymi koleżaneczkami ze wsi na pomoście przy lemoniadowej shandy ;-) Tak więc wstaję już o 5 rano i w czasie, gdy 'normalny' świat śpi - nadrabiam zaległości, które mi się okropnie napiętrzyły po wycieczce do angielskich ogrodów. Jednym z priorytetów jest publikacja tego posta, który napisałam właściwie aż 2 tygodnie temu ...
 




Załóżmy więc, że jest pierwsza połowa lipca. Na rabacie jest baaaardzo niebiesko i totalny nieład artystyczny ... tak się to nazywa, żeby było dobrze ;-) ...
 
hmmmmmmmmm .......   wygląda słodko i naprawdę w bardzo wiejskim stylu, ja jednak wiem i męczy mnie to bardzo - w tym roku nie udało mi się poświęcić tym rabatom wystarczająco czasu i teraz nie jest najlepiej. Moje profesjonalne oko i dusza cierpią ... nie czepiam się, ale ja to widzę ;-(


 
 
Oczywiście ostróżeczki są boskie - trudno o drugi, tak śliczny kwiat. Jest delikatny, ale jednocześnie bardzo wyfikany. Może stać w bukiecie na stole w wiejskiej chacie, może zdobić pałace ... no i właśnie ostróżeczek mam bardzo dużo, ponieważ po zeszłym sezonie sporo się samo wysiało. To samo z szałwią powabną ... chociaż pewno powinnam była połowę wyrwać. Nie miałam serca ani czasu ... teraz te rabaty to totalny busz. Dla mnie nowe doświadczenie (chociaż czy nowa mądrość?) - rabata sama nie będzie perfekt, trzeba jednak poświęcić jej czasu i pomyślunku. Teraz się już za nią zabieram i czekam niecierpliwie na urozmaicenie scenerii ze strony czosnków główkowatych, które za 5 sekund rozkwitną ;-)  




 
***********
 
 
Jak uchwycić ten moment?
 
No właśnie, wyglądam z okna znad projektu czy komputera i widzę, że jest pięknie i leniwie ... i tak się gapię w nieskończoność.  Słońce akurat zachodzi u nas w miejscu, gdzie jest przerwa pomiędzy brzózkami - bajka. Strasznie zawsze chce się zatrzymać tę chwilkę na zawsze! 


 
O! I koniec, już zaszło ... cisza, spokój. Dookoła wisi lekka mgła ... po słońcu pozostał tylko zapach ciepłych zbórz. Ha! Gdyby tylko jeszcze nie było komarów ;-) Chociaż ja i tak pracuję w chmurach tych ostro wkurzających insektów. Po zajściu gorącego słońca można wreszcie 'posiedzieć' w ogrodzie czyli raczej 'porobić' i żaden komar na drodze mi nie stanie - hobby czy obsesja? Cokolwiek to jest, ja mam nogi i ramiona w swędzących kropkach. Trudno ... warto.
 




 
Raniutko znowu słońce zagląda do ogrodu i od wschodu do zachodu zapieka mi warzywa z ziołami ;-) i kwiaty. Próbuję 'łapać' piękne chwile za pomoca aparatu o różnych porach dnia. Oczywiście rano jest najcudowniej, ale akurat w moim nowym żwirowym ogrodzie ziołowym słońce pojawia się dopiero około godz 8 - czyli jak na letniego fotografa, to dosyć późno ;-)  Ale gdy już zaświeci, to wypala z mgły również i nasz warzywnik. Potem już jest patelnia ...









Jak widać - mamy co jeść - warzywnik pęka w szwach. Na mięso nawet nie chce mi się patrzyć. Ucztujemy przy wielkich michach warzyw strączkowych i przecudnych młodych ziemniaczków. Sporo też mrozimy - teraz właśnie bób, groszek i fasolę tyczną (pnącą).


 
 
Rabaty wzniesione sprawdzają się fantastycznie. Ja zawsze je uwielbiałam. Andrew je dla nas tej wiosny wybudował, ale czułam że nie do końca jest przekonany - on jest idealistą i wydawało mu się, że woli zagony 'normalne'. No i okazało się, że uwieeeeeeeeeeelbia teraz te rabaty. Nie wiem czemu dopiero teraz się do nich tak naprawdę przekonał, bo mieliśmy je już w tylu warzywnikach ... i swoich, i u klientów i w pracy. Tak to jest - 15 lat spędzam z człowiekeim i dopiero teraz dowiaduję się, co myśli o rabatach wzniesionych ;-))))
 
 



Tak więc dla niedowiarków - oficjalnie - warzywa rosną na rabatach wzniesionych lepiej! Szczególnie jeśli warzywnik jest na kiepskiej glebie! TUTAJ jest trochę więcej o tych naszych rabatch i jak je budowaliśmy.




Podczas warsztatów o eko-warzywniku opowiadam o tym, żeby pozwolić naturze załatwiać swoje sprawy. Zobaczcie - poniżej widać jak nam kardy zaatakowała mszyca. Nic nie robiliśmy i po 2 tygodniach po mszycy nie ma śladu - mamy za to kupę objedzonych biedronek i opitych sokami mszycowymi (fuj) mrówek! I tak to działa w przyrodzie, tylko musimy jej dać żyć!




Jeszcze kilka widoczków, bo nie mogę się powstrzymać. Uwielbiam ten mój ogród. To taka wielka skrzynia skarbów ... pełna żarcia, kwiatów i jeszcze w dodatku taka ładna - no i dobrze, że mam w domu tak wspaniałego kucharza, który potrafi z tych obfitości wyczarować nabardziej wyszukane potrawy ;-) Ogród użytkowy to naprawdę fajna rzecz! ... a dodatkowo całkiem zdrowe i modne hobby ... dla nas sposób na życie.





**********





Moja koleżanka - Magda z Łodzi (pozdrawiam ;-)) zapytała ostatnio kiedy najlepiej jest zbierać karczochy. Kiedy są już gotowe? My z Andrew właściwie zbieramy je już od kilku tygodni, gdyż ...




... karczochy, które najlepiej nadają się do spożycia są małe, ciężkie i mają jeszcze całkiem mocno zamknięte kwiatostany, na końcówkach których widoczne są purpurowe przebarwienia - nie ma co czekać, aż kwiaty będą duże. Często zjadamy nie ten duży, dorodny kwiatostan uwieńczający  główny pęd wzrostu karczocha, tylko jego mniejszych kuzynów wyrastających z pędów bocznych – to właśnie one mają najsmaczniejsze, najdelikatniejsze tzw. ‘serce’ i małą ilość niejadalnych płatków. Nigdy nie wybieramy do spożycia karczochów ‘posiniaczonych’ ani przebarwionych. A jeśli zbieramy je na kilka godzin przed przyrządzeniem potrawy, to koniecznie zamaczamy je w chłodnej wodzie z cytryną - inaczej karczochy bardzo szybko ciemnieją.

NaOgrodowej.pl podaję super przepis na niesamowicie smaczne Karczochy w białym winie i ziołach TUTAJ - zapraszam ;-)





 
 
 *******
 
 





Rustykalne frytki – najsmaczniejsze na świecie.

Uwielbiamy takie frytki i ciągle je wcinamy z sałatą lub po prostu same – szczególnie zrobione z naszych młodych ziemniaków z ogrodu i serwowane z sałatą rzymską i surowym, młodym bobem.
 





Nie są zbytnio podobne do ‘normalnych’ frytek z budki na plaży czy KFC - to bardziej ćwiarteczki niż słupeczki, ale smakowo są o niebo lepsze … i co ważniejsze są z pewnością zdrowsze, ponieważ nie  smaży się ich na głębokim oleju w garnku, tylko zapieka na oliwie z oliwek w piekarniku. Koniecznie spróbujcie!

Składniki:

50 ml oliwy z oliwek
6 dużych ziemniaków (lub 10 mniejszych)
30 gr mąki
płatki soli Maldon lub morska sól gruboziarnista
świeżo zmielony czarny pieprz

Wykonanie:

Rozgrzewamy piekarnik do 230oC – musi być bardzo bardzo gorący i całkowicie nagrzany zanim zaczniesz zapiekanie frytek. Do dużej blachy lub naczynia żaroodpornego wlewamy olej i wkładamy do piekarnika na 3 – 4 minuty.
 



W tym czasie szykujemy ziemniaki: myjemy je dokładnie (nie obieramy) i kroimy wzdłuż na ćwiarteczki … i potem na połóweczki te ćwiarteczki. 




Wyciągamy z piekarnika naczynie z rozgrzanym olejem i wrzucamy do niego pocięte ziemniaki. Wszystko posypujemy mąką, solą i pieprzem. 




Zapiekamy dalej 45 minut aż ziemniaczki zrobią się złociste i chrupiące jak frytki. Aby je ‘rozluźnić’ przed podaniem – blaszkę można lekko potrząsnąć. I tyle. Smacznego! 




A! Do ziemniaków (do blaszki podczas zapiekania) dorzucamy zazwyczaj młodego czosnku - prosto z zagonu. Obmywamy go tylko pod wodą, oczyszczamy z korzeni i łodyg ...




 
 
... i kroimy na mniejsze kawałki. Taki zapiekany czosnek jest przesmaczny - słodziutki, miękutki i o takim jakimś naprawdę pysznym smaku. Bardzo polecam!
 
 


No i jeszcze trzeba coś na deser ... w pierwszej połowie lipca królowały truskawki - które jakoś w tym roku szybko się skończyły - wcale się nimi nie zdążyłam najeść. A miałam na nie kilka super sposobów. Tu na zdjęciu jest coś w stylu deseru z bezą o nazwie Eton Mess. Baaaaardzo angielski deser, który tradycyjnie serwowany jest w słynnym Eton College podczas letnich rozgrywek w krykieta. Nic prostrzego - robimy bezy i kruszymy je na mniejsze kawałki, potem w szklaneczkach lub miseczkach do deseru mieszamy z truskawkami i bitą śmietaną - i tyle!!! Pychota taka ... Desery ze zdjęcia 'poszły' na piknik, więc podawane były w papierowych szklaneczkach z Ikea.
 
Teraz zamiast truskawek robię ten deser z malinami - równie smaczny ;-)



 
********



 
 
Jesteśmy bardzo dumni z naszego dzidziusia - nowego ogrodu żwirowego. Pośród 'normalnych' zioł (bo ma to być głównie ogród ziołowy) rosną tu i ówdzie gwiazdy z zupełnie innej bajki ... na przykład moje ulubione dziewanny - nie wyobrażam sobie bez nich ogrodu żwirowego! Teraz już przekwitają i zamiast nich zaczyna się czas malw. Bardzo malowniczo ... szkaoda, że tak rzadko mam czas posiedzieć tu na ławeczce.
 







Nie zapominajcie o konkursie ziołowym Na Ogrodowej - warto wziąć w nim udział, bo można wygrać prenumeraty czasopisma Zieleń to Życie. Wystarczy zrobić zdjęcie ziołu lub ziołom u siebie w ogródku/na balkonie czy parapecie albo gdziekolwiek ;-)
 
Moje mięty i bazylia rosną w glinianych donicach ustawionych w starych skrzynkach dla niosek - poniżej:


 
 
********
 
 
W mojej 'donicy rozmaitości', która jest najzwyczajniej na świecie ogromną, pomalowaną na zielonkawo plastikową donicą po drzewie - posadziłam w tym roku wszystko, co mi wpadło w ręce - z liliami rosną szczepione pomidorki pochodzące od firmy Volmary, funkia sebolda i sadzonki ostnicy cieniutkiej - która jest jeszcze malutka, więc mało co ją widać. Mam nadzieję, że w drugiej połowie lata ostnica zdominuje kompozycję - dosadzę do niej po przekwitnięciu lilii kolorowe kosmosy. Duża donica musi mieć duże rośliny!!!
 
 




 
 
W pierwszej połowie lipca lilie pachniały jak zwariowane. Wieczorami calutki ogród był zasłodzony ich perfumami. Ja to uwielbiam. Sadzę więc 'normalne' wysokie lilie w większych donicach i ustawiam wokół 'miejsc siedzących' w ogrodzie. Te białe to lilie królewskie, a różowe odm. 'Pink Perfection' .
 



 
 
Teraz jednak cudny zapach lilii zastępują już powoli słodkie groszki  ...